Bóg dotknął moje serce losem dzieci niepełnosprawnych

Siostra Ann Francesca (Anna Kopczyńska) urodziła się w Markach-Strudze pod Warszawą w roku 1962 w licznej, kochającej się rodzinie. Swoje powołanie odkryła podczas pielgrzymki do Częstochowy, kiedy usłyszała pogadankę na temat działalności Matki Teresy w Kalkucie, w Indiach. Pierwsze śluby złożyła w 1986 roku w Niepokalanowie, z udziałem Matki Teresy.

Jak to się stało, że Siostra w ogóle trafiła do Zgromadzenia? Jaka była Założycielka Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości Matka Teresa, z którą Siostra osobiście się spotkała? Co z jej idei, przekonań, duchowego testamentu najbardziej Siostra zapamiętała i czym żyje?

Od dzieciństwa fascynowała mnie służba Bogu i potrzebującym. Moim zdaniem nie ma większej godnością jak ta, żeby służyć Panu Bogu, w myśl Słowa Bożego: Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Proste i jasne – poświęcić się dla innych, którzy są w potrzebie. Dużo słyszała o Matce Teresie i ta powołanie mnie poniosło. Matka Teresa była mocna w charakterze, ciężko pracowała, wymagała od siebie i innych. Była wierna regule, którą sama napisała. Ale pierwszą regułą dla niej była miłość Boga i bliźniego. Inne były drugorzędne i podporządkowane tej pierwszej. Była prawdziwą matką nawet wtedy, jeśli ktoś popełnił błąd. Przebaczała z serca i traktowała taką osobę poważnie. Miała też duże poczucie humoru. Kiedyś jeden z dziennikarzy chciał przeprowadzić z nią wywiad, a okazało się, że on sam wcześniej krytykował ją w reportażach. „Łapał” ją za słówka i komentował po swojemu. Starsze siostry ostrzegły Matkę, żeby nie pokazywała się mu na oczy i poradziły, by położyła się i odpoczęła. Posłuchała, położyła się na jednym z łóżek naszej sypialni. Akurat przechodziłam obok i Matka Teresa odezwała z uśmiechem: „Siostro, właściwie lekarz doradzał odpoczynek. Dobry dziennikarz przypomniał mi o tym”.

Po złożonych ślubach wyjechała Siostra do pracy w Moskwie, a później w Rzymie. Dwa różne miasta, dwie różne rzeczywistości… Czym się tam Siostra zajmowała? Jak wyglądał dzień Siostry Misjonarki Miłości?

Dla nas Sióstr Misjonarek Miłości nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy. Ważne, żeby poczuć w sercu święty obowiązek pomocy najbiedniejszym i iść drogą służenia innym. W Moskwie prowadziłyśmy dom dla starszych osób – samotnych i opuszczonych. Moim zadaniem było opiekować się tymi staruszkami.  A więc od samego rana pranie, gotowanie, karmienie; proste posługi które starałam się wykonywać z miłością, według naszych reguł i pouczeń Matki. Nasz dzień zaczynał się pobudką o 4:40. Najpierw godzinna modlitwa poranna połączona z medytacją. O 6.00 Msza święty, o ile mieliśmy księdza, który by Eucharystię odprawił. Od godziny 8.00 do południa posługa przy ubogich. Następnie modlitwa  południowa, obiad i półgodzinny odpoczynek. Od godziny 14.00 do 17.00 praca na rzecz ubogich, potem adoracja Najświętszego Sakramentu, modlitwa brewiarzowa, kolacja i półgodzinna rekreacja. O 21.00 wieczorne modlitwy i cisza nocna.

W roku 1995 na polecenie przełożonych przybyła Siostra do Kalkuty i przez kilka lat pełniła służbę w domach dla chorych i umierających, prowadzonych pod patronatem Matki Teresy. Atmosferę tamtych lat oddaje fragment jednego z listów napisanych do Rodziny: „ Już miesiąc minął, jak jestem w Kalkucie (…) pracuję w ambulatorium. Dla mnie jest to doświadczenie nie do opisania. To co słyszałam o Kalkucie jest niczym w porównaniu z tym, co widzę. Bieda, bieda. Aż nie chce się wierzyć, że w tych czasach dzieci umierają z głodu. Często przynoszą nam matki dzieci tak wycieńczone, że już nic nie można zrobić. Wczoraj jedna dziewczynka przyniosła swojego czteroletniego brata, kości i skóra, nawet nie miał sił do stania”. Nigdy przedtem nie spotkała się Siostra z taką biedą? Dlaczego właśnie w Indiach są takie Kalkuty? Praca misjonarek w takich warunkach to przysłowiowa kropla w morzu potrzeb. Czy można w takich warunkach coś zrobić?

Kalkuta robi wrażenie na każdym człowieku. To jest takie specjalne miasto, gdzie wydaje się, że cała biedota się tu sprowadziła. Dużo osób migruje do Kalkuty, bo to jest duże, turystyczne miasto. A więc pojawiają się tu zamożni ludzie. Wielu biednym wydaje się więc, że tutaj zawsze ktoś rzuci przysłowiowy „wdowi grosz”. Jeśli nie, to przynajmniej da się zarobić np. ciągnąc rikszę. Matka Teresa mawiała, że Kalkuty są wszędzie, na całym świecie, tylko że w krajach zachodnich są bardziej ukryte. W Kalkucie życie toczy się na ulicach, więc biedy widzi się więcej. Oczywiście jest różny poziom biedy. W Indiach jest to skrajna nędza materialna. Ale Kalkuta jest również nazywana miastem radości. I to nie bez powodu. Biedni ludzie wiedzą, jak cieszyć się z życia. Bo życie jest darem, którym powinniśmy się cieszyć najbardziej. To dobre porównanie pracy misyjnej z kroplą wody w morzu potrzeb. W takich państwach jak Indie, gdzie spotykamy ogromną ilość biednych, nie możemy pozwolić na patrzenie na wyniki naszej pracy. To by nas zniechęciło. Tu nie liczy się cyfra, tu liczy się każda osoba, której pomogliśmy czy pomagamy. Tu liczy się ten, któremu ulżyliśmy chociaż na jeden dzień. I trzeba wierzyć, że każdy dobry uczynek zmienia świat na lepszy, jest „antidotum” na zło pojawiające się wokół nas. W 2001 roku s. Franciszka rozpoczęła działalność poza Kalkutą, była to praca z dziećmi. Później dołączyła do niej s. Usha, Hinduska z tego samego Zgromadzenia. Wyjechały w Himalaje do Darjeeling i założyły Ośrodek Flame of Hope.

Dlaczego Siostry wyjechały właśnie tam i zdecydowały się na opuszczenie przyjaznego dotąd środowiska i rodziny zakonnej? Co jest celem nowo powstałej wspólnoty? Komu służy i pomaga Siostra Franciszka w tej odległej od nas części świata?

Wyjechałyśmy dzięki łasce Bożej – jak to jest napisane w naszym biuletynie. Bóg jest Ojcem o sercu matki: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49, 15-16). Staramy się by nasza posługa dzieciom specjalnej troski była widocznym znakiem i zapewnieniem nich o tej prawdzie biblijnej, że Bóg nigdy o nas nie zapomina. Dziecko potrzebuje pomocy. Biedne dziecko potrzebuje tej pomocy więcej. A niepełnosprawne dziecko pomocy tej potrzebuje jeszcze więcej. Biedne, niepełnosprawne i odrzucone przez rodzinę i społeczeństwo dziecko – taka sytuacja woła o pomoc Bożą. Bóg dotknął moje serce losem dzieci niepełnosprawnych. Czułam, że one też mają prawo nie tylko do życia i do przetrwania, ale i do brania udziału w życiu. W Indiach wiele dzieci upośledzonych żyje poniżej ludzkiej godności. Większość z nich ma nikłą lub żadnej nadziei na przyszłość. Chcemy służyć właśnie tej grupie ludzi. Przynosić im nadzieję na lepsze jutro i otwierać serca ze zdumieniem zapisanym w psalmie: „Kim jest człowiek, że o nim pamiętasz?”

Chcemy, by wiele braci i sióstr, dotkniętych przez choroby psychiczne lub ułomności fizyczne, budziło się z radością, oczekując kolejnego dnia. By mieli nadzieję w sercach i świadomość w głowie, że w oczach Boga jestem kimś wyjątkowym. To On opiekuje się mną, kocha mnie i nigdy o mnie nie zapomni. On chce, abym i ja kochał, kochała Jego. Przywołuje innych do miłości i służby. Inne słowa Jezusa które wpłynęły na moją decyzję są: „Kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych” (Łk 14, 13-14). Nasz duch i styl prowadzenia naszych dwóch domów nie opiera się na instytucjonalnych zasadach. Raczej staramy się tworzyć małe „rodziny” z upośledzonymi dziećmi. Współdzielimy nasze życie – jemy, pracujemy, modlimy, uczymy i bawimy się razem. Robiąc to, pomagamy naszym dzieciom żyć godnie i szczęśliwie. Każde dziecko potrzebuje miłości i dobrego otoczenia, aby móc się rozwijać. Dzieci z upośledzeniem tym bardziej potrzebują rodzinnego ciepła. Staramy się wychowywać nasze dzieci w atmosferze miłości – takiej, jaką Maryja i Józef otaczali Jezusa w jego życiu. Jednym słowem – naszym celem jest przynoszenie miłości i nadziei dzieciom biednym i z różnymi dysfunkcjami, by „miały życie i miały je w obfitości” (J. 10, 10). Dlaczego jesteśmy w Darjeeling? Bo biskup tej diecezji nas zaakceptował, co było znakiem dla naszej decyzji. Trzeba dodać, że na samym początku nie było dla nas jasne, jak i gdzie zacząć. Nie mieliśmy żadnych środków, ale wiara, że to dzieło Boga, więc On nas pokieruje i wesprze. I tak się stało.

 Obecnie siostra Ann Francesca ma obywatelstwo Indii i posługuje się językiem nepalskim, popularnym w tej części kraju. Założyła własne Zgromadzenie Córek Maryi Matki Nadziei. Prowadzi dwa domy Flame of Hope, planuje utworzenie kolejnych. W kwietniu 2018 roku założone przez siostrę Annę Zgromadzenie Córek Maryi Matki Nadziei, zostało na mocy dekretu biskupa Bagdogry uznane za Publiczne Stowarzyszenie Wiernych z możliwością przekształcenia w instytut religijny.

Jakie perspektywy rozwoju ma przed sobą nowe Zgromadzenie? Jak można wspomóc dzieło, któremu z pasją oddaje się Siostra i współtowarzyszki życia?

Najpierw modlitwa o powołania. Potrzebujemy młodych ludzi, którzy poświęcą swoje życie w służbie Bogu, przyłączając się do naszej Wspólnoty Córek Maryi, Matki Nadziei. Bo „żniwo wielkie, ale robotników mało”. Bardzo mało. Wierzę, że tak jak Pan Bóg ma swój unikalny plan dla każdego człowieka, tak i ma niezwykły plan dla naszej Wspólnoty. W Bożym czasie wszystko sie ułoży. Naszym zadaniem jest ufać Bogu i wiernie mu służyć. Mam też cichą nadzieję, że nasze dzieci, które wychowały się w naszych domach, w niedalekiej przyszłości będą naszym wsparciem i obejmą tę drogę życia, aby mogły dzielić się swoimi doświadczeniami z podobnymi do nich. W jaki inny sposób wspierać nasze dzieło? Najpierw przez modlitwę, bo to najsilniejsza „waluta”. Tylko Pan Bóg jest Wszechmocny i dla Niego nie ma nic niemożliwego. Jesteśmy na takim etapie, gdzie prawdopodobnie Pan Bóg woła do nas, by mu zaufać. Nasze dzieło można również wspierać materialnie, albo przyłączyć się do nas w formie wolontariatu. Dziękuję Księdzu Redaktorowi, że mogłyśmy się podzielić z czytelnikami naszą posługą. To również jest forma pomocy, bo z tym wielkim dziełem przez czytelników docieramy do nowych osób.

Z Siostrą Ann Francescą rozmawiał ks. Krzysztof Pelc CSMA

Polecamy stronę www.plomiennadziei.org.pl/ , za pośrednictwem której można wpłacić darowizny na działalność S. Franciszki lub dowiedzieć się, jak zostać wolontariuszem.

na zdjęciu: Akash, chłopiec bez rak. Pisze i maluje stopami

budujemy nowy dom dla babci w wiosce trędowatych

Urodziny Siostry

Niedziela Palmowa na  podwórku